Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gryf i Smok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gryf i Smok. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 listopada 2013

Rozdzial siodmy: Hetman

Naprawdę, pogoda w Poznaniu pozostawia wiele do życzenia >< Nie wiem czemu akurat teraz jesień postanowiła przypomnieć o sobie. Nie lubię deszczu, a tym bardziej zimna, no ale... Nie można mieć wszystkiego ;)
Powoli kończy się listopad, a zaliczenia tuż-tuż. Lojalnie uprzedzam, że rozdziały zarówno tutaj, a tym bardziej na Mankamencie, mogą się dłuuugo nie pojawić. Mam do napisania kilka zacnych prac, a czasu coraz mniej, a chęci brak, niestety. Postaram się oczywiście napisać kolejny rozdział i dodać go w miarę wcześnie, ale wiadomo jak to jest z tym czasem. 
Zastanawiam się nad zgłoszeniem do oceny, jednak nie jestem pewna gdzie jest naprawdę warto? Czy ktoś mógłby mi polecić taką, która faktycznie wskaże mi błędy i pomoże poprawić moje umiejętności pisarskie? Będę wdzięczna ;)
Pozdrawiam i dziękuję serdecznie komentującym <3 To niezwykle motywuje mojego Wena, a przy okazji jest miłe ;D
Smacznego
L.
Edit: 23.11 : Dziękuję, Hybris, za wytknięcie błędów. Poprawiłam ;)



            Stukasz palcem w blat ławki. Lekcja transmutacji ostatnia w tym tygodniu jest przytłaczająco nudna. Profesor wykłada temat, który będziecie ćwiczyć dopiero na następnej lekcji. Nie wiesz czemu akurat dzisiaj nie moglibyście już zacząć, ale nawet przez myśl ci nie przechodzi, by jej to zasugerować.
Mam już generała i szpiega, myślisz. Wiesz, że brakuje ci jeszcze kilka osób. Słyszysz głos Hermiony, co na chwilę wyrywa cię z rozmyślań. Patrzysz na przyjaciółkę zastanawiając się kim możesz ją uczynić. Uśmiech wpływa na twoją twarz.
Kiedy dzwonek oznajmia koniec lekcji, wszyscy podnoszą się ze swoich miejsc, szurając głośno krzesłami. Pakujesz książki do torby, zarzucając ją na ramie. Kierujesz się powoli do dormitorium, gdzie odkładasz niepotrzebne rzeczy. Neville siedzi na swoim łóżku, a Seamus pogwizduje wesoło, wchodząc do łazienki. Ron udaje, że cię nie widzi.
Kiedy tylko przebierasz się w jakieś luźniejsze ciuchy, idziesz poszukać Hermiony. Jak zawsze siedzi w bibliotece, odrabiając ledwo zadany esej. Kręcisz głową z politowaniem, jednocześnie czując coś w sercu. Masz szczerą nadzieje, że twoja przyjaciółka nigdy się nie zmieni. Jedna z niewielu przystani, gdzie możesz usiąść i poczuć się tak jakby wokół nie szalała wojna.
– Herm, książki nie uciekną – mówisz, na co dziewczyna unosi głowę do góry. Wywraca oczami.
– Po co mam to zrobić później, skoro mam teraz czas?
– Jesteś niemożliwa – stwierdzasz, dosiadając się. Przez chwilę nie mówicie nic, aż w końcu gryfonka wzdycha.
– No dobra, co chcesz, Harry?
– Wypraszam sobie – posyłasz jej wesołe spojrzenie, na co unosi brew do góry. – No dobra, za dobrze mnie znasz. Chciałbym ci coś pokazać.
– Czekam.
– Nie tutaj, moja droga.
– To coś nielegalnego? – Zastanawiasz się czasem, czy Hermiona po prostu cię nie szpieguje. Wzruszasz ramionami, na co ta już chce otworzyć usta.
– No chodź, Hermiono, proszę. Przecież mi ufasz.
– Harry – mówi ze zrezygnowaniem, jednocześnie pakując swoje książki. Daje ci się prowadzić korytarzami, ale kiedy znajdujecie się w łazience Jęczącej Marty, zaczyna być podejrzliwa.
– Hermiono, ufasz mi, prawda?
– Tak, ale nie widzę związku – odpowiada.
– Proszę, zaufaj mi – mówisz, jednocześnie otwierając przejście. Gryfonka sapnęła, dając się wciągnąć do rury prowadzącej na dół.
– Czemu?
– Zaraz – zbywasz ją, ciągnąc do głównej komnaty. Kiedy w końcu znajdujecie się przed posągiem, odwracasz się do niej i łapiesz za ręce.
– Hermiono, chcę, byś teraz zastanowiła się uważnie nad tym, co ci powiem, dobrze?
– Yhym – przytaknęła niepewnie. Bierzesz głęboki wdech i zaczynasz.
– Hermiono, jesteś dla mnie jak siostra. W porównaniu do Rona nie odwróciłaś się ode mnie po wydarzeniach w Ministerstwie. Cenię cię i chce, byś była u mojego boku w czasie tej wojny. Chcę, byś była po mojej stronie, a nie Dumbledore’a. Chcę byś zajęła miejsce mojego hetmana. Chcę byś była moim mózgiem, naukowcem, który wie o wiele więcej ode mnie. Żebyś była doradcą, który powie mi rzetelne informacje i zarówno swoje zdanie oraz wnioski. Nie mogę obiecać, że cię ochronię, ale zrobię wszystko, by nic ci się nie stało w tej wojnie.
Zamilkłeś, patrząc jej uważnie w oczy. Niemal słyszysz trybiki w jej mózgu, które kalkulują wszystko, co usłyszały. Jest ci potrzebna, nie tylko jako kolejny pionek na szachownicy, ale jako przyjaciółka, która powie ci, że to co robisz ma sens. Nie chcesz być potworem.
– Harry, zawsze byłam u twojego boku – mówi. – W pierwszej klasie, kiedy dowiedzieliśmy się o V-Voldemorcie, obiecałam sobie, że cię nie opuszczę i pomogę ci tak, jak tylko będę potrafić. Nie mam zamiaru złamać tej obietnicy. Zostanę twoim hetmanem.
– Nie jesteś pionkiem – zaczynasz tłumaczyć, na co ci przerywa z uśmiechem.
– Wiesz, Harry, zaczynam powoli rozumieć prawa wojny. Możesz być moim przyjacielem, ale musisz być przywódcą, a to są dwie rzeczy, które niestety się wykluczają. Mimo wszystko będę stać u twojego boku zarówno jako przyjaciel i pionek. Wierzę w ciebie.
– Dziękuję – uśmiechasz się do niej szczerze. Wiedziałeś, że cię nie odrzuci, ale to coś, małe paskudne, wciąż w tobie było.
– Chcę jednak dowiedzieć się, Harry, co zaszło między tobą, a dyrektorem – mruży oczy. Zaskoczyła cię. Nie spodziewałeś się tego i w pierwszym odruchu chcesz ją zbyć, jednak opanowujesz się. Różdżką wyczarowujesz fotele i obydwoje siadacie.
– Chcę, byś spojrzała na to obiektywnie, bo wiem, że potrafisz – mówisz. – Wyciągnij wnioski, których ja nie umiem.
– Jeśli nie chcesz, nie musisz.
– Muszę, Hermiono. Skoro zgodziłaś się, nie będę tego przed tobą ukrywał. Chcę móc w końcu to komuś powiedzieć. Wybacz, że cię tym obarczę.
Kiwa głową, cały czas trzymając się za ręce. Patrzysz na nie z uśmiechem.
– Jak wiesz, Dumbledore zlecił Snape’owi, żeby nauczył mnie sztuki obrony umysłu. Niestety nie udało mi się to, co zaowocowało wydarzeniami w Ministerstwie – ściska twoją dłoń pocieszająco. – Niedługo po tym wezwał mnie do gabinetu.
Nie przerywa ci, choć część tej historii zna.
– Dyrektor powiedział mi wtedy prawdę. Powiedział mi czemu Voldemort chce mnie zabić i dlaczego akurat wtedy zaatakował nas.
Wspomnienia powracają, a ciebie ponownie powoli zalewa wściekłość. Bierzesz głęboki wdech, by się opanować.
– Dumbledore powiedział mi, że została wygłoszona o mnie przepowiednia albo w sumie Voldemort wybrał mnie – Przymykasz oczy, by sobie przypomnieć jej treść. - Mówiła ona o tym, że pod koniec lipca narodzi się ten, który będzie miał moc pokonania Czarnego Pana. Mówiła, że zrodzi się z osób, które już trzykrotnie mu się przeciwstawiły. Mówiła, że naznaczy mnie jako równego sobie. Że żaden z nas nie może żyć, gdy drugi żyje. Że albo ja zabije jego, albo on mnie.
Milczysz przez dłuższą chwilę, przypominając sobie wspomnienie profesor wróżbiarstwa z nieobecnym wzrokiem. Sam raz się przekonałeś o jej zdolnościach, gdy na trzecim roku wypowiedziała ci kolejną przepowiednię.
– Wiesz, co jest najśmieszniejsze? Wypowiedziała ją Trelawney, jednak nie tak jak zawsze, kiedy mówi mi, że zginę za najbliższym zakrętem. Nie, powiedziała to jak najprawdziwsza wieszczka – wzdychasz.
– Jej babcia byłą wielką wieszczką – wtrąca cicho Hermiona. – Takie zdolności są dziedziczne.
– Możliwe – wzruszasz ramionami. – Powracając, na nieszczęście Dumbledore’a, przepowiednia została podsłuchana przez Śmierciożerce, choć nie do końca. Osoba ta usłyszała tylko część. Wystarczyło to jednak do tego, by Voldemort zdecydował się wykonać ruch.
Przygryzasz wargi.
– Wówczas były dwie takie rodziny. Moja i Nevilla.
Widzisz, jak otwiera szerzej oczy. Uśmiechasz się ponuro.
– Na moje nieszczęście, Voldemort wybrał Potterów. Przybył w Halloween do naszego domu w Dolinie Godryka. Dalej mówić nie muszę co się stało.
Powiedz jej o nim, nie wiesz czyja jest ta myśl. Może to twoje serce chce być całkowicie oczyszczone albo może Malfoy coś kombinuje, jednak decydujesz szybko.
– Wiesz, kim był ten Śmierciożerca?
– Profesor Snape, prawda? – Szepcze cicho z trwogą wymalowaną na twarzy.
– Jesteś taka inteligentna, Hermiono. Tak, Snape był tym, który doniósł. Wiesz o co wtedy poprosił Voldemorta? By zabił mnie i tatę, a oszczędził Lily.
Masz ochotę zacisnąć dłonie w pięści.
– Na moje szczęście moja mama wolała poświęcić swoje życie niż pozwolić mi umrzeć. To poświęcenie moich rodziców mnie ocaliło. To ich miłość utworzyła wokół mnie tarczę, która była zdolna odbić zaklęcia zabijające.
– Musieli cię mocno kochać.
Uśmiechasz się smutno. Gdybyś to wiedział od zawsze, nigdy nie wyklinałbyś po nocach, że przez ich pijaństwo zostałeś zmuszony mieszkać z Dursley’ami. Gdybyś wiedział, nigdy być nie negował ich miłości do ciebie.
– Dlatego Snape mnie nienawidzi. To, że jestem podobny do mojego taty, jest tylko kroplą w morzu. Nienawidzi mnie, bo moja mama wybrała mnie, syna Jamesa, a nie swoje życie. Nienawidzi mnie, bo wie, że gdyby nie ja, to żyłaby ona.
– Jest głupi – stwierdza z mocą Hermiona, całkowicie cię zaskakując. – Nie wiem, co on sobie myśli. Naprawdę sądził, że nawet gdyby przeżyła, to by go pokochała? Że chciałaby być z człowiekiem, przez którego straciła męża i dziecko?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałeś, ale musisz przyznać jej rację.
– To właśnie po przepowiednie wysłał mnie Voldemort. Kiedy zapytałem Dumbledore’a czemu nie powiedział mi wcześniej, stwierdził, że chciał mnie chronić. Żebym nie musiał nosić tego na swoich barkach od samego początku.
– Bzdura – Hermiona marszczy brwi. – Ty cały czas to dźwigasz na swoich barkach, Harry, od samego początku. Kiedy tylko czarodzieje cię zobaczyli, wszystkim cię obarczyli.
– Wiem, dlatego zdemolowałem mu gabinet.
– Co zrobiłeś? – Uniosła zaskoczona brwi, po czym zachichotała, kręcąc z niedowierzania głową.
– Byłem tak wściekły, że nie panowałem nad sobą. Gdybym wiedział, Syriusz mógłby wciąż żyć.
– Wiesz – podjęła Gryfonka. – Rozumiem argument Dumbledore’a, że nie chciał ci powiedzieć, ponieważ byłeś dzieckiem. Jednak ciągle traktował cię jak wybrańca. Łamaliśmy miliony zasad, a w zamian dostawaliśmy punkty i zdobywaliśmy puchar domów.
Wzruszasz ramionami. Czujesz ulgę, że zrzuciłeś ten ciężar z barków.
– Dumbledore jest wielkim człowiekiem, nie mogę temu zaprzeczyć i nie chcę. Cenię go, jednak jest już stary. Przeżył swoje wojny, które zrobiły go obojętnym na pewne rzeczy. Choć chce dobrze, jego zasada „w imię większego dobra” jest naprawdę niewiele inna od tego, co robi Voldemort. Cenię go, jednak nie mam zamiaru dać się manipulować.
– Podejmujesz wyzwanie – mruczy.
– Tak, chcę być graczem, nie pionkiem w ich grze. Wiem, że Voldemort nie spocznie, dopóki mnie nie zabije, a ja nie mam zamiaru mu na to pozwolić. Już zbyt wielu poległo, bym mógł bezczynnie siedzieć. Muszę działać na tyle, ile mogę.
Kiwa głową.
– Czy już wiesz jak?
– Mam już generała – uśmiechasz się do niej z dumą. – Ginny.
– Lepszego nie mogłeś wybrać –jej ton jest wesoły, jednak wiesz, że ma rację. Ginny Weasley nie bez powodu nazywana była przez niektórych furią czy tajfunem.
– Mam też szpiega – mówisz. – Niestety nie mogę wyjawić ci jego imienia.
– Czy...?
Puszczasz jej dłoń i podwijasz rękaw koszuli. Skupiasz się na odnalezieniu smoka. Ten pokazuje się, ziewając. Hermiona patrzy na tatuaż z szokiem, nawet wtedy, kiedy smok znika za rękawem koszuli.
– Kiedyś, jak ten koszmar się skończy, opowiesz mi o wszystkim – decyduje stanowczym głosem.
– Kiedy tylko się skończy – zgadzasz się, po czym nagle przypominasz sobie o celu wizyty tutaj. Wyjmujesz z kieszeni pergamin.
– Miałem ci coś pokazać. Tylko proszę cię, nie krzycz i nic, po prostu podziwiaj – puściłeś jej oczko, jednocześnie mówiąc. – Dziedzictwo Huncwotów.
Mina Hermiony mówiła wszystko. Z błyszczącymi oczami patrzyła na hologram.
– Jak?
– Dziedzictwo Huncwotów – odpowiadasz po prostu.
– Po wszystkim, Harry, naprawdę wyduszę z ciebie wszystko.
Wybuchasz śmiechem. 





piątek, 15 listopada 2013

Rozdzial szosty: Dziedzictwo Huncwotów

Jaki nasz świat jest wesoły ;) Moi znajomi przebijają ludzką skalę absurdu, no ale przynajmniej ja się mogę pośmiać^^
Oto kolejny rozdział moich wypocin, a ja śmiało staram się przyzwyczaić do nowego programu, do którego zostałam zmuszona z braku laku. Na razie jakoś jeszcze mi to idzie.
Dla zainteresowanych, na Mankamencie pojawił się kolejny rozdział. Serdecznie zapraszam.
Pewnie zauważyliście, ale napiszę, że dodałam nowy gadżet - Cuda, w których mam zamiar umieszczać filmiki z youtube związane z Harrym Potterem, które uważam za najprawdziwsze perełki. Teraz wisi tam piosenka z "Baśni...", a dokładniej słowa to opowieść o trzech braciach. Jak napisałam wczoraj mojej Ani, jaram się tym jak Shrek Fioną xD
Mam już na dysku kilka one-shotów, jednak nie są związane z Harrym. Jeszcze je obrobię i myślę, że wstawię któryś z nich. Tak poza tym, poszukuję bety. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to będę wdzięczna. W zamierzeniu chciałabym, żeby takowa beta ogarnęła zarówno Mankament jak i Zbiorowe Szaleństwo. Jeśli macie na kogoś namiary, to też podajcie ;)
Jak zawsze proszę o konstruktywną krytykę.
Smacznego.





                Budzisz się wtulony w Malfoy’a, który mruczy coś przez sen i jeszcze mocniej przyciska się do ciebie. Jesteś zamroczony, a twoje ciało przyjemnie obolałe. Przez chwilę próbujesz wyrwać się z uścisku, jednak poddajesz się po marnych próbach. Ślizgon oplata cię ramionami, mając schowaną twarz w twoje włosy.
Zaczynasz bezwiednie głaskać opuszkami palców jego klatkę piersiową. Wymyślasz finezyjne wzory, myśląc bezwiednie o niedalekiej przyszłości.
Nie wiesz, co się stanie, kiedy Malfoy obudzi się i zażąda odpowiedzi. Nie masz jej. W tamtej chwili nie pomyślałeś o konsekwencji, tylko po prostu – jak zwykle – działałeś. Samemu nie jesteś gotowy albo nie chcesz jeszcze się zastanawiać, co to wszystko oznacza. Masz o wiele więcej zmartwień niż twoje własne libido.
Zastanawiasz się nad przyszłymi zajęciami z Flitwickiem. Mały nauczyciel obiecał ci pomóc w stworzeniu mapy. Jesteś trochę zaskoczony jego pomocą, jednak nie kwestionujesz jej. Możesz tylko się cieszyć, że chociaż on z całego grona pedagogicznego, może prócz Snape’a, nie oszukuje ani siebie, ani ciebie. To ty jesteś tym, który musi pokonać Voldemorta i najwyraźniej profesor zaklęć ma zamiar ci pomóc to osiągnąć.
Tkasz sieć niczym pająk. Najpierw zbierasz tych, co są najbliżej, a potem zarzucasz dalej i dalej. Szachownica powoli przynosi taki obrót, jaki chcesz.
Ciekawi cię tylko jedno, kiedy…
Czujesz na ustach delikatny nacisk, na co rozchylasz usta. Opuszczasz powieki, całując się leniwie, jednocześnie czując jak jesteś okradany z magii. Czy to źle?, pytasz sam siebie, ale jak nigdy żaden irytujący głosik nie chce odpowiedzieć.
- Merlinie, Potter, jesteś lepszy od kawy – mówi Ślizgon, wypuszczając cię z objęć.
- Najedzony? – Prychasz, jednocześnie będąc rozbawionym. Nie odpowiada ci, wstając z łóżka. Dopiero teraz zdajesz sobie sprawę, że nie wiesz gdzie jesteś i zniknąłeś na całą noc z wieży Gryffindoru, o czym zaraz wszyscy się dowiedzą.
- Spokojnie, Potter, sądzę, że twoje zniknięcie nie będzie takie dziwne. Przecież odbyła się impreza, mogę się założyć, że wszyscy dalej tam śpią jak legli – stwierdził beztrosko Malfoy. Przyznajesz mu rację.
- Jak się czujesz?
- Czyżbym słyszał troskę w twoim głosie? – Pytasz, unosząc wyzywająco jedną brew do góry. Czy rękawica zostanie podniesiona?
- Potter, jesteś albo taki głupi, albo faktycznie masz trochę więcej magii niż inni – stwierdza. – Powinieneś leżeć i nie móc kiwnąć palcem, po tym ile ci zabrałem.
- Malfoy, sam mówiłeś, że mam duże pokłady magii – Nie widzisz w tym nic dziwnego. Twoja magia dalej jest, brykając wesoło.
- Jesteś po prostu za głupi – wymruczał do siebie Ślizgon, kierując się do łazienki.
Rozglądasz się po komnacie, w której się znaleźliście. Pokój jest w ciemnych barwach Slytherinu. Widzisz kominek, biurko, małą biblioteczkę i dużą szafę. Marszczysz brwi.
Gdzie my jesteśmy?
To moje dormitorium.
Mieszkasz sam?
- My, Ślizgoni, nie praktykujemy waszych plebejskich zwyczajów – odpowiada Malfoy, ponownie wchodząc do pokoju. – Poza tym, jestem Prefektem.
- Hermiona i Ron nie mają oddzielnych pokoi – zauważasz bystrze. Posyła ci kpiący uśmieszek.
- Mówiłem, Potter, plebejskie zwyczaje.
- Dobra, a teraz rusz tu swój arystokratyczny tyłek i pomóż mi dojść do łazienki – mówisz, czując jednocześnie jak rumieńce wpływają ci na policzki.
- Doprawdy, Potter, nie wiem jak ty możesz dalej się rumienić jak ta dziewica – rzuca ironicznie, jednak rusza w twoim kierunku. Nagle przystaje.
- Jestem twoim pierwszym?
- A czy ma to jakieś znaczenie? – Pytasz wyzywająco. Widzisz jak bestia porusza się pod jego skórą. Możesz wręcz ją wyczuć w powietrzu. Już po chwili patrzy na ciebie nie stalowymi oczami, tylko płynną stalą.
- Tak.
**
                Listopad jest zimny i śnieżny. Z powodu fatalnej pogody zostają odwołane wszelkie treningi Quidditcha, do czasu poprawienia się warunków na zewnątrz. Nie jesteś taki zły z tego powodu, ponieważ nie masz zamiaru marznąć na powietrzu.
Spotkania z profesorem Flitwickiem traktujesz jako miłą odskocznie od wszystkich lekcji. Mały nauczyciel cierpliwie tłumaczy ci tajniki magii, choć często masz wrażenie, że i on nie jest zbyt pewny tego, co robi. Nauczyłeś się już jednak tyle, by móc samemu kombinować z własną magią.
Nauczyciele coraz bardziej naciskają na was, przypominając o egzaminach końcowych. Uczysz się często w towarzystwie Hermiony, co niezwykle jej odpowiada. Raz powiedziała ci nawet, że lubi twoje odpowiedzialne podejście.
Zajęcia Gwardii stawały się coraz bardziej niebezpieczne. Wprowadzałeś zaklęcia, które zaproponował ci Flitwick, a determinacja gwardzistów załatwiła wszystko. Każdy z nich powziął decyzję, której ty nie negujesz.
**
- Szybciej! – warczysz, patrząc na ćwiczących.
- Nie da się – jęknęła Parvati, na co posyłasz jej kpiące spojrzenie.
- Albo zrobicie to szybciej, albo zginiecie – odpowiadasz. – Musimy stworzyć grupę, która będzie idealna w każdym calu. W przyszłym tygodniu podzielimy się na grupy.
- Jakie? – Ciekawość Hermiony jak zwykle cię rozbawia.
- Ci, którzy będą stawiać bariery i leczyć oraz ci, którzy będą atakować.
**
                Siedzisz w Komnacie Tajemnic na samym środku, wpatrując się w czystą kartkę papieru. Zastanawiasz się jak możesz stworzyć to, co wyraźnie chodzi ci po głowie. Flitwick przedstawił kilka reguł jakimi powinieneś się kierować, kiedy chcesz stworzyć mapę.
Pierwsza: Musisz przekładać zamiary na możliwości. Im większy teren, który ma objąć mapa, tym trudniej ją wykonać.
Druga: Musisz wiedzieć i widzieć w głowie to, co chcesz nanieść na mapę.
Trzecia: Najłatwiej jest stworzyć mapę na rzeczy, która nie posiada magii, ponieważ o wiele łatwiej zapełnić puste naczynie niż pełne.
Czwarta: Magia tworzenia map wiąże się z magią przestrzenną.
Piąta: Potrzebna jest kropla krwi osoby, która chce stworzyć mapę. Krew posiada w sobie silnie skoncentrowaną magię.
Wzdychasz, przypominając sobie wszystkie zasady. Wiesz, że nie potrzebne są żadne skomplikowane reguły. Głównym procesem tworzenia map jest tylko wyłącznie twoja magia, którą myślą musisz uformować tak, by uzyskać to, co chcesz. Jesteś jednak pewien, że kilka formuł zaklęć by ci nie zaszkodziła, jednak nawet profesor Flitwick nie był w stanie odszyfrować jak została stworzona Mapa Huncwotów.
W pewien sposób czujesz dumę. Twój ojciec wraz z przyjaciółmi stworzyli ją będąc dziećmi, a nie potrafi jej odtworzyć doświadczony profesor Zaklęć. Nagle przypominasz sobie scenę z gabinetu malutkiego profesora.
- Jak to możliwe, że stworzyły to dzieciaki, a pan nie potrafi tego odszyfrować – wiesz, że twoje słowa są bezczelne, ale czujesz już tylko wyczerpanie i złość. Profesor Flitwick jednak nie jest obrażony, tylko uśmiecha się smutno.
- Widzisz, panie Potter, twój ojciec jak i pan Black pochodzą z wielowiekowych rodów, gdzie w mniejszym lub większym stopniu przestrzegało się zasad czystej krwi. Krew zawiera magię, a wraz z coraz dłuższą linią krwi, potomkowie dostają jej jeszcze więcej. James Potter i Syriusz Black byli niezwykle potężnymi czarodziejami.
Milczysz, zastanawiając się nad tym co usłyszałeś. Czyżby faktycznie twoja rodzina była aż tak potężna?
- A Remus?
- Pan Lupin jest wilkołakiem – odpowiedział nauczyciel jakby to oznaczało wszystko.
- I?
- Czy wiesz może, panie Potter, dlaczego czarodzieje tak nienawidzą i jednocześnie boją się wilkołaków?
Marszczysz brwi. Nie wiesz, może kiedyś, na któreś lekcji to przerabialiście, jednak nie jest w stanie sobie tego przypomnieć. Kręcisz przecząco głową. Flitwick zacmokał niezadowolony.
- Kiedyś, kiedy jeszcze czarodzieje nie byli tak zadufani w sobie, traktowali wszystkich na równi. Wilkołaki, wampiry czy inne stworzenia były czymś całkiem normalnym, a czasem nawet pożądanym – rozpoczął wykład, siedząc na nienaturalnie wysokim krześle. – Nie dość, że potrafiono się posługiwać magią, to jeszcze można było zyskać nadludzką siłę i wytrzymałość. I wtedy wyszła parszywa, ludzka natura.
- Stało się to bodajże w dwunastym wieku. Już wtedy czarodzieje dzielili się na czysto krwistych i mieszanych. Jeden z nich, Klemens Florens, przegrał w starciu z wilkołakiem, Fenrirem Scholvase o rękę Heleny Pięknej, córki jednego z baronów. Florens był czarodziejem, a do tego zżerała go zawiść. Przez lata rozpowiadał krzywdzące plotki, pozyskując coraz więcej sojuszników, aż w końcu spełnił swój chytry plan. Nocą napadł na posiadłość Scholvase, którego wówczas nie było, zamordował całą jego rodzinę wraz z służbą. Kiedy Fenrir to zobaczył, ruszył na Florensa. Wówczas Florens wykorzystał jego czyn. Wielu czarodziei uwierzyło w to, że wilkołaki to zwykłe zwierzęta. Zaczęto się ich bać, a potem coraz bardziej ograniczać ich swobody. Dzisiaj widzimy tego skutki.
- Czemu mu się udało? Skoro ludzie widzieli, co zrobił…
- Niestety, Florens wykazał się wielkim sprytem. Zostawił Scholvase ślad, jednak nikt inny nie wiedział, że to on napadł na posiadłość Fenrira. Potem do głosu zaczęła dochodzić ludzka zawiść i nawet ci, co początkowo nic nie mieli do wilkołaków, kiedy tylko nadarzyła się okazja, zaczęli ograniczać ich swobody. Strach to niezwykle potężne narzędzie.
- Czy wilkołaki naprawdę są takie potężne?
- Teraz niestety, przez wiele stereotypów i uprzedzeń, nie. Ci, którzy zostali zarażeni likantropią traktują ją jak chorobę, a kiedyś była wielkim darem.
- Jak można uważać to za coś pozytywnego?
- Wiesz, Harry, kiedyś to wyglądało inaczej. Wilkołak łączył w sobie swoje dwie natury – wilka i czarodzieja. Jednak później czarodziej zaczął odrzucać wilka, co skutkuje bolesną przemianą podczas pełni. Istnieją podania, choć są pod ścisłą kontrolą ministerstwa, że kiedyś wilkołaki były czymś podobnym do animaga. Zmieniali się kiedy chcieli. Czerpali ze wszelkich zalet bycia wilkiem nawet podczas postaci ludzkiej.
Słuchasz z zapartym tchem. Wyobrażasz sobie Remusa, w którym ciągle widzisz jedynie szamoczącego się wilka. Przygryzasz wargę. Jesteś w stanie zgodzić się z profesorem. Wiele razy zastanawiałeś się czy człowiek nie ma jakieś drogi do zawarcia umowy z wilkiem. Nie wiesz jednak czy Remus jest na tyle odważny i silny, by mimo tego, co od wielu stuleci im wpajano, był gotów zaakceptować sam siebie.
- Tak więc, panie Potter, nie dziw się czemu nie jestem w stanie stwierdzić jakich zaklęć zastosowali chłopcy, by stworzyć tę mapę.

Patrzysz tępo w pergamin.
- Skoro oni mogli, to ja też – próbujesz przekonać sam siebie. – Jesteś Huncwotem, Harry! Dostałeś ich dziedzictwo jak byłeś w kołysce!

Remus patrzy na ciebie z ciepłem, kiedy wchodzisz do salonu. Wciąż czujesz się dziwnie, przechadzając się po Grimmauld Place. Masz wrażenie, że zaraz, dosłownie zza rogu wyłoni się Syriusz. Na samo jego wspomnienie aż łzy kręcą ci się w oczach. Byłeś taki głupi. Głupi, głupi, głupi!
- Chodź – mówi Remus, przerywając twoje myśli. Klepie dłonią miejsce obok siebie na kanapie. Niepewnie siadasz obok niego.
- Co sobie ubzdurałeś pod tą swoją strzechą?
- Moje włosy są normalne – burczysz. Lupin chichocze i po raz pierwszy od tych wakacji widzisz, by się śmiał. On, podobnie jak ty, schudł i zbladł od kiedy Łapa nie żyje. Obydwoje cierpicie.
- James zawsze to mówił – odpowiada, po czym przytula cię mocno. Wdzięcznie chowasz głowę w jego ramionach. Łzy, nie wiadomo skąd, pojawiają się w twoich oczach.
- To moja wina.
- I moja – dopowiada Remus. Patrzysz na niego z zaskoczeniem.
- Mogłem rzucić na niego Drętwotę i zamknąć go w Kwaterze, a nie pozwolić, by szedł do Ministerstwa.
- To ja niepotrzebnie tam szedłem!
- Widzisz, Harry, każdy z nas podejmuje wybory. Choć jest mi trudno, muszę akceptować to, że Syriusz wolał walczyć niż siedzieć bezczynnie. Brakuje mi go, ale wiem, że to był jego wybór. Mogę czuć się winny, ale tak naprawdę, nie powstrzymałbym go. Choćby nie wiadomo co, on i tak by się tam pojawił.
- Pewnie masz rację – szepczesz. Po raz pierwszy osoba nie wmawia ci, że jesteś niewinny, a śmierć Łapy po prostu „tak jakoś wyszła”.
- Nie wiń się, a przynajmniej się postaraj, ponieważ obrażasz Syriusza. To on podjął decyzję. Byłeś dla niego najważniejszy na świecie. Przebiłeś nawet Jamesa, a uwierz mi, oni zachowywali się czasem jak bliźniaki.
- Naprawdę?
- Oczywiście. Byli tak samo głupi, dowcipni i szalenie odważni, czasami człowiek miał wrażenie, że dzielą mózg – mówi, a coś zabłysło w jego oczach. – Byli moimi największymi przyjaciółmi. Takimi, których już nigdy więcej nie spotkasz. Jestem wdzięczny losowi, że mogłem ich mieć.
- Zasługujesz na nich tak jak oni zasługiwali na ciebie – mówisz, na co uśmiecha się do ciebie.
- Wiesz, Harry, w tobie zakochaliśmy się wszyscy. Kiedy tylko się urodziłeś, Lily śmiała się, że zyskałeś trzech ojców. Mówiła, że dopiero my wszyscy razem tworzymy kompletną rodzinę, a James wtórował jej.
- Byliście szczęśliwi, prawda?
- Oczywiście. Byłem wśród osób, które akceptowały moją chorobę i do tego pozwalali mi wraz z nimi wychowywać uroczego brzdąca. A uwierz mi, Harry, przy tobie to nawet i tuzin dorosłych by wymiękło.
- Nie byłem chyba aż taki zły – burczysz, jednak z chęcią słuchasz co było dalej. Z tego okresu pamiętasz kilka rzeczy. Najwyraźniej krzyk matki i zielony błysk, który słyszysz przy dementorach. Potem jest czyjś męski, wesoły głos. Śmiech, który przypomina szczekanie psa i to poczucie bezpieczeństwa, które odnajdujesz zawsze w ramionach Remusa.
- Harry, byłeś uroczy, ale byłeś najprawdziwszym huncwotem. Twoja magia objawiła się już wtedy, kiedy byłeś w brzuchu matki, co świadczy o twojej potężnej mocy magicznej.
- Co zrobiłem?
- Kiedy twoi rodzice wybierali twoje imię, zawsze zmieniałeś włosy Jamesowi, kiedy żartował sobie i mówił jakieś durne imiona. Dopiero kiedy Lily powiedziała Harry, nie stało się nic. A potem, kiedy się urodziłeś, nieświadomie wykorzystywałeś swoją magię, a my mieliśmy kupę roboty jak i jeszcze więcej śmiechu.
Milczysz, wtulony w ramiona Remusa. Naprawdę masz wrażenie jakby to ojciec cię przytulał. Uśmiechasz się. Dziękuję tato, że wybrałeś kogoś tak wspaniałego, myślisz.
- Jesteś naszym dziedzicem – słyszysz słaby szept, czując jednocześnie pocałunek w głowę.
Dziękuję, tato.

Na samo wspomnienie robi ci się cieplej na sercu.
- Dobra, do roboty.
Różdżką przecinasz palec, a kilka kropel twojej krwi spada na pergamin, rozlewając się w malownicze kleksy. Zamykasz oczy, skupiając się uważnie na swojej magii. Bryka wesoło, choć kiedy tylko czuje twoją koncentrację, drży z ciekawości.
Krok po kroku wyobrażasz sobie miejsca, nanosząc je na pergamin. Jedna nitka na drugą, tworząc siatkę. Krople potu spływają ci po czole. Nie możesz sobie pozwolić na chwilę nieuwagi, bo może kosztować cię więcej niż myślisz.
Zawiązujesz supły, niepewnie szarpiąc magią za jedną z nić. Nie zerwała się. Kolejna warstwa. I od nowa, aż w końcu czujesz, że nie ma żadnej wolnej przestrzeni. Możesz być z siebie dumny. Utkałeś niczym najprawdziwszy pająk sieć. Obejmujesz ją jeszcze raz magią, a potem chwytasz niewidzialnymi rękoma w sam środek i wpychasz w sieć tyle magii, ile możesz. Przez głowę przenika tysiące obrazów i głosów. Kiedy myślisz, że już koniec, twój gryf śmiało skacze na sieć, a tuż za nim wije się wąż. Smok jest niewzruszony, choć znajduje się na obojczyku, patrząc ciekawie. Gryf i wąż przez chwilę walczą ze sobą, ale magia bryknęła w ich stronę oburzona.
Będąc świadom tylko umysłem, patrzysz jak zwierzęta pieczętują, wznosząc mury obronne. Robią wszystko to, o czym ty nie pomyślałeś. Czujesz wyraźnie jak czerpią z twojej magii, jednak nie jest to złe uczucie.
Gryf ryknął, a wąż owinął się wokół jego szyi, kiedy zwierzę zaczęło powracać do swojego właściciela. Teraz masz czas, by zrobić ostatni krok. Nadać słowa.
Kiedy i to jest skończone, puszczasz niepewnie sieć. Błyszczy. Uśmiechasz się, otwierając oczy.
Bierzesz głęboki wdech, czując drżenie. Patrzysz na pusty pergamin, który ułożył się w prostokątną kopertę. Czujesz się słabo, jednak wiesz, że potrzebna ci tylko noc, by nadrobić utratę magii.
- Potter! – Krzyk Malfoy’a zwraca twoją uwagę na wchodzącego Ślizgona. Chłopak dobiega do ciebie, od razu kucając przy tobie.
- Krew ci kapie z nosa, idioto – syczy, wyjmując z kieszeni chusteczkę i natychmiast wycierając czerwoną posokę. Marszczysz brwi, nic nie poczułeś.
- Poczułem jak nagle ubyło twojej magii – warknął. – Już myślałem, że Czarny Pan dokończył roboty, ale widzę, że ty wolisz go po prostu wyręczyć!
- Spokojnie, Malfoy – mówisz zachrypniętym głosem. – Przez noc wszystko się wyrówna.
- Co ty w ogóle zrobiłeś, Potter?
Uśmiechasz się do niego wesoło, po czym dotykasz pergaminu.
- Dziedzictwo Huncwotów
Nie jesteś przygotowany na to, co się stało. Spodziewałeś się, że pergamin otworzy się tak jak w przypadku Mapy Huncwotów. Jest jednak zupełnie inaczej. Koperta otwiera się, a w powietrzu zaczyna formułować się mapa. Patrzysz na ten obraz, który przypomina ci mugolski hologram. Tworzą się budynki, miasta, ludzie.
- Potter, coś ty zrobił? – Wyszeptał z zachwytem w głosie Malfoy, patrząc na mapę z otwartymi szeroko oczami.
- Miała wyjść inaczej – mruczysz. – Hogwart.
Na samo hasło natychmiast pojawia się szkoła, która odkrywa przed wami swój sekret.
- Londyn – mówi Malfoy, a miasto posłusznie ukazuje się w całej swojej okazałości. Ślizgon powoli odwraca wzrok w twoją stronę, wciąż skrajnie niedowierzający.
- Potter, nie zamierzasz podbić świata?
Prychasz na tą insynuację, rumieniąc się jednocześnie.
- Nie wiem jak mi to wyszło – szepczesz. – Miało być na pergaminie.
- Potter, czy ty nie rozumiesz? Właśnie zrobiłeś Mapę Wielkiej Brytanii. Nie ważna jest jej forma. Po prostu jest to tak duży teren, że nikt nie ma na tyle magii, by móc coś takiego uczynić. Gdyby to było takie proste, to każdy kraj by takim czymś dysponował!
Wzruszasz ramionami. Czasami nie rozumiesz czarodziei, którzy strasznie ograniczają swoje możliwości. Masz wrażenie, że zawsze mówią najpierw nie, a potem nigdy nie próbują.
- Potter, przez ciebie nie wyrobię – mruczy do siebie, a ty słyszysz tę znajomą ironię. Uśmiechasz się do niego szeroko.
- Jesteś moim rycerzem, prawda? – Pytasz, przekrzywiając niewinnie głowę. Malfoy patrzy na ciebie jak na najprawdziwszego idiotę. Śmiejesz się. 




poniedziałek, 4 listopada 2013

Rozdzial piaty: Wypelnienie obietnicy

Moi drodzy, z powodu tzw. "pożyczone to znaczy moje", nie posiadam uprawnień do offica ><. Moja przyjaciółka pożyczyła moją instalkę, pojechała do Warszawy, ja w Poznaniu, a instalka w Świnoujściu -,- Na samym początku myślałam, że netbook, który bezprawnie zakosiłam mamusi, posiada owego offica. Niestety, posiada jakiś shit, z którym ja niestety nie jest w stanie wytrzymać psychicznie. Bo czy można zrozumieć fakt, że kiedy daje myślnik, spacje, to już robi się punktowanie, a ja tego wcale a wcale nie chcę, tylko zwykły zapis dialogu? Ughrrrr!
Co prawda skoro jestem zmuszona, to będę pisać w tym badziewiu, aczkolwiek sam pomysł mocno mnie zniechęca, dlatego wiadomo co może być z rozdziałami. Postaram się odzyskać płytkę jak najszybciej tylko można, no ale to może nie być łatwe, skoro nikogo u niej w domu nie ma ><
To tak a propos, a teraz przejdźmy do przyjemnej części, czyli kolejnego rozdziału. Przedstawiam już piątą część. Może niektórych zdziwić szybka akcja, jednak tak po prawdzie, mam to gdzieś ;). Po prostu nie lubię tego jak Rowling pokazywała Harry'ego jak totalną sierotę, która nie potrafi kichnąć bez czyjeś asysty. Ja uważam, że skoro chłopiec jest potężny i ma wykończyć czarnoksiężnika [nie jakiegoś tam, tylko największego, najpotężniejszego...] to chyba jakieś uprawnienia może posiadać. Oczywiście dorysuje tu część związaną z jego rodziną, no ale tak wielu autorów to robi, że to powoli jest uważane za kanon ;). Poza tym, dla tego opowiadania nie przewiduję jakieś strasznie wielkiej, powalającej liczby rozdziałów, ale wiadomo, czasami może takiego coś wyrosnąć, kiedy już zaczynam tańcować po klawiaturze, jak to zawsze se mówię pod nosem. 
Czy ktoś może byłby zainteresowany dodatkami, w sensie scen erotycznych, które w głównych rozdziałach zostały pominięte? Tak pytam, bo ze mnie to małych zboczuch jest^^
I skoro już tak jestem wylewna uczuciowo, powiem co nie, co o Ronie. Naszym piegowatym przyjacielu, który został tak skrzywdzony przez Rowling, że praktycznie połowa fandomu szczerze lub ukrycie go nie znosi, a niemal wszyscy nie doceniają. Ja również nie lubię tej postaci, jednak jego "odwrócenie się od Harry'ego" jest u mnie pewnym specjalnym zabiegiem. Pamiętajmy, że rudzielec jest Gryfonem do szpiku kości. Pogodzenie się i przejrzenie na oczy z Czarą Ognia zajęło mu pół roku, heloł! 
A tak poza tym, Co je noveho?
Ps. Ktoś chciałby zobaczyć opowiadanie Lew kontra lis?




                Święto Duchów zbliża się wielkimi krokami. Uczniowie chodzą już podekscytowani, nie mogąc się doczekać zarówno braku lekcji, jak i wspaniałej uczty. Ty jednak masz co do tego odmienne zdanie. Nigdy nie miałeś pojęcia czemu ludzie lubią świętować ten dzień. Dla ciebie jest tylko żałobą.
Zastanawiasz się czy będzie w porządku wysyłać kolejny problem Remusowi. Wiesz, że nie masz zbyt wielkiego wyboru. Pocieszasz się jedynie tym, że ostrzegałeś go przed tym. Czujesz do siebie obrzydzenie, że czerpiesz ze wszystkim wszystko, co się da.
Remusie,
Wszystko musi zostać zorganizowane na ostatni guzik. Mam kolejne wieści – będzie ich więcej.
Powiedz mi kiedy, a ja postaram się przybyć za wszelką cenę.
HP
– Dasz radę, prawda, malutka? – Patrzysz z czułością na Hedwigę. Jej skrzydło już się wyleczyło, ale nie jesteś zdecydowany czy znowu ją wysłać w tak niebezpieczną podróż. Wiesz, że będą na nią czyhać. Jest twoją sową, chcą ją pochwycić, by jak najwięcej się dowiedzieć o twoich planach.
Ptak dziobie cię w rękę, oburzony, że w nią wątpisz. Jest dumnym stworzeniem i nagle nabierasz przekonania, że nic się jej nie stanie.
– Czekam na ciebie – żegnasz ją, na co ta wzbija się w powietrze. Patrzysz na nią uważnie jak znika za horyzontem. Wzdychasz.
– Wszystko w porządku? – Nagle w sowiarni pojawia się Ginny. Wiatr owiewa jej sylwetkę, bawiąc się rudymi puklami. Niebieskie oczy jednak są czujne. 
– Na tyle ile może być – odpowiadasz. Jest w ciebie zapatrzona, widzisz to. Nie podzielasz jednak jej uczuć, a poza tym, nigdy nie chciałbyś jej aż tak skrzywdzić. Ludzie, których kochasz, zawsze odchodzą najszybciej. Nikogo nie chcesz obarczyć tą klątwą.
– Gdzie poleciała Hedwiga? – Widząc twoją niezdecydowaną minę, dodaje. – Żeby być twoim pionkiem, muszę mieć pewność, Harry, że sobie poradzisz.
– Napisałem do Remusa – odpowiadasz. – Pomaga mi znaleźć bezpieczne miejsce dla niektórych rodzin.
Kiwa głową, nie potrzebuje więcej. Cieszysz się, że nie jest tak dociekliwa jak Hermiona, która musiałaby znać wszystkie nazwiska. Czasami masz jej dosyć, jednak nie jesteś w stanie jej odepchnąć. Jest jedyną, która aktualnie jest ci najbliższa. Ron udaje, że nie istniejesz, a ty robisz to samo. Nie wiesz ani ty, ani zapewne rudzielec do czego to prowadzi, ale uparcie odwracacie głowę, gdy tylko znajdziecie się w tym samym pomieszczeniu. Inni nigdy nie byli na tyle bliscy, by trzymać ich w sercu. Czujesz sentyment do rodziny Weasley’ów, ale to jedynie Hermiona zasłużyła na miano siostry.
Ginny za to zawsze była jedynie młodszą siostrą Rona. Uratowałeś ją z rąk Riddle’a, ale działał w tym bardziej twój wewnętrzny bohater niż sama myśl o niej. Rzuciłbyś się tak dla każdej innej. Przyglądasz się jej uważnie. Jest podobnego wzrostu co ty o rudych włosach i twarzy pełnej piegów, ale zauważasz to, co czai się w jej oczach. Uśmiechasz się.
– Chcesz zostać moim generałem? – Pytasz jakby nigdy nic. Przygląda ci się tak samo jak ty jej. Nie wiesz o czym myśli, ale możesz tylko stać i czekać na swoją odpowiedź.
– Niech będzie – decyduje w końcu, spoglądając ci w oczy. – Zostanę twoim generałem. Będę ci lojalna i wykonam każde twoje polecenie, ale cena jest jedna.
– Jestem w stanie ją zapłacić – nie pieczętujecie swojej małej umowy, wystarczą wam tylko słowa. Gdybyś tylko wiedział, że kiedyś tylko one były ważne, zmieniłbyś wszystko, ale nie jesteś w stanie cofać się w czasie.
Patrzysz na te rude włosy, które podskakują przy każdym jej kroku, kiedy idzie przed siebie. Zaczynasz rozstawiać swoje pionki na szachownicy.
**
                Odwiedzasz gabinet profesora Flitwicka jeszcze tego samego popołudnia z Mapą Huncwotów w dłoni. To, co chcesz zrobić, jest szalone, ale kiedyś usłyszałeś, że w tym szaleństwie tkwi metoda.
– Dzień dobry – witasz się, znowu zaskakując swoją wizytą małego nauczyciela. Patrzy na ciebie uważnie jak zasiadasz przed jego biurkiem. On sam siedzi na wysokim fotelu, co nieprzyjemnie kojarzy ci się z goblinami w banku. 
– Przychodzę z kolejną prośbą – mówisz, po czym kładziesz mapę na stole. – Knuje coś niedobrego.
Pergamin natychmiast rozchyla się – pojawiają się miejsca i osoby.
– Na Merlina! – Profesor Zaklęć dopada do Mapy Huncwotów jakby była okazały znaleziskiem. Patrzy się na nią szeroko otwartymi oczami, mrucząc coś do siebie. Wygląda niczym szalony profesor z jakiegoś mugolskiego filmu, który udało ci się podpatrzeć u Dursley'ów. Brakowało tylko rozbieganych oczu.
– Skąd to masz?
– Wykonał ją mój ojciec wraz z Syriuszem Blackiem i Remusem Lupinem w czasie swojej nauki – odpowiadasz, wzruszając ramionami. Czujesz lekki ucisk na żołądku, że zdradzasz nauczycielowi jedną z największych tajemnic Huncwotów, jednak wiesz, że musisz. Gdyby nie to, sekret mapy wciąż byłby bezpieczny. 
– Niemożliwe, przecież to skomplikowane! – Pisnął Flitwick. – Wiedziałem, że to zdolni chłopcy, ale to tutaj to wyższy poziom.
– Nie kłamię – jesteś rozbawiony jego zachowaniem. Nauczyciel podskakuje na swoim siedzeniu z podnieceniem w oczach, którego jeszcze u niego nie widziałeś. 
– Chciałbym się dowiedzieć jak została stworzona – zaczynasz mówić. – Wraz z Hermioną rozpoczęliśmy nad nią studia, ale jest niezwykle ciężko rozszyfrować jak powstała.
– Nie dziwię się, jest to magia, której nie naucza się w szkole – rozpoczyna wykład profesor. – Uczą się jej specjaliści na studiach, a nie wszystkim wychodzi tworzenie map przestrzennych.
– Potrzebuję taką wykonać.
Nie pyta po co ci, nie jest głupi. Cieszysz się, że nie traktuje cię jak dziecko. Czasami, leżąc w łóżku, zastanawiasz się, o czym myśli Flitwick, pomagając ci. Jesteś ciekaw jakie ma powody, ale nie jesteś na tyle śmiały, by o to zapytać. Każdy z was ma prawo do własnych tajemnic. 
– Niestety, mój drogi, mogę ci jedynie pomóc przy stworzeniu czegoś podobnego, ale bez osób – odpowiada. – Im większy jest obszar mapy, tym trudniej nanieść na nie osoby, a tym bardziej, że się one poruszają. Nie wiem jak dokonali to ci chłopcy, ale jestem pod wrażeniem. Mogliby spokojnie zdobyć Mistrzostwo z Zaklęć za to. Nie musieliby przejść żądnych innych testów. To wręcz niemożliwe, że mapa ukazuje każdego.
Nie słuchasz jego nudnego wywodu. Nauczyciel jest zbyt podekscytowany, a mapę traktuje jakby była co najmniej Graalem.
– Profesorze – doprowadzasz go do porządku. Filus odchrząkuje, próbując zachować swój profesjonalizm.
– Mogę jedynie wskazać ci drogę – tłumaczy. – Nie jestem aż tak zaawansowany w tej dziedzinie magii, by móc stworzyć podobną mapę.
– Jakakolwiek pomoc się przyda.
**
                Wymykasz się z Hogwartu późnym wieczorem, mając nadzieje, że nikt zbyt szybko nie zauważy twojego zniknięcia. Wiesz, że Ginny poręczy za ciebie, jednak wolałbyś nie wpędzać ani jej, ani siebie w żadne kłopoty. W Hogsmeade czeka na ciebie Remus, który jest niezbyt zadowolony z takiego obrotu sprawy.
– Nie mamy innego wyjścia – stwierdzasz, ucinając jego protesty. Znikacie w jednym z zaułków, gdzie Lupin wyjmuje z kieszeni świstoklik.
– Skąd go masz?
– Sam go stworzyłem – odpowiada. – Zajęło mi to trochę czasu. Zrobiłem trzy wraz z Tonks. Dwa wykorzystamy dzisiaj, ostatni zostanie na odpowiedni dzień.
Łapiesz za stary zegarek, a kiedy Remus wymawia hasło, tracisz grunt pod nogami. Świat zaczyna wirować, a cała treść żołądka podskakuje ci do gardła. W końcu, po niecałej minucie uderzacie w twardy grunt. Chwiejesz się, a świat nadal kręci się w twojej głowie. Silne ramiona wilkołaka pomagają ci utrzymać pion.
– Nienawidzę ich – burczysz, na co chichocze wesoło. Kiedy tylko twoje ciało opuszczają skutki podróży magicznej, rozglądasz się dookoła. Znajdujecie się na skraju dróżki, a dookoła są jedynie wysokie drzewa. 
– Gdzie jesteśmy?
– W Norwegii, niedaleko twojej posiadłości – odpowiada. – To zaledwie kilka minut.
Idziesz za nim posłusznie. Znajdujecie się w środku lasu, gdzie jest całkowicie ciemno. Jedynie księżyc świeci, drwiąc z Remusa. Pozwalasz się mu prowadzić, choć ty sam straciłeś już dawno orientacje. Nie byłbyś w stanie stwierdzić gdzie wylądowaliście, ani tym bardziej gdzie może znajdować się twoja posiadłość. W końcu jednak stajcie, jednak z twoim słabym wzrokiem widzisz jedynie jeszcze ciemniejszy obraz przed sobą. 
– To tu – mówi Lupin, oświetlając końcem różdżki starą, mosiężną bramę. Przyglądasz się jej – na złączeniu znajduje się herb twojej rodziny, który zdobi twoje ciało. Dumny herb w swojej największej chwale.
– Eee… I co teraz?
– Jesteś niemożliwy – Remus śmieje się. – Przyłóż dłoń do herbu i każ się otworzyć wrotom.
Sceptycznie nastawiony wykonujesz polecenie. Po twoich słowach przez chwilę nie dzieje się nic, a ty masz zamiar już powiedzieć przyjacielowi co o tym wszystkim myślisz, ale nagle brama otworzyła się i zapaliły się pochodnie.
Na wprost was znajduje się dróżka, gdzie po obydwu jej stronach świecą się magiczne lampy. Niepewnie ruszacie, a ty patrzysz wielkimi oczami na dworek. Był duży, kilku piętrowy. Kiedy bliżej podeszliście zauważyłeś, że został wykonany z jakieś jasnej cegły, niestety noc nie pozwala ci na bliższe obejrzenie rodzinnego majątku.
Wchodzicie po schodach, gdzie po dwóch stronach postawione są kolumny, podpierające trójkątny dach. Stoisz chwile niepewnie, ale ponaglany spojrzeniem Remusa, łomoczesz kołatką. Drzwi odskoczyły natychmiast. Wchodzicie.
Pomieszczenie jest głównym holem, z którego prowadzą kręte schody na górę i kilka korytarzy po prawej i lewej strony. Podłoga wykładana jest marmurową posadzką, a bordowe ściany zdobią portrety i obrazu. Srebrny żyrandol oświetla całe pomieszczenie, nie pozwalając ukryć się ani błyszczącym zbroją czy finezyjnym rośliną. Na samym środku stoi grupka skrzatów, ubrana w eleganckie, małe surduty, na które podnosisz do góry brew ze zdziwienia. Jedne z nich kręcą się z podekscytowania, a drugie cmokają ze znudzenia. 
– Już są, już są! – Piszczy jedna elfka, trzymając się za uszy. Kiedy was tylko zauważyła, pisnęła, wyskakując do przodu.
– Lord Potter, sir – Chcesz się cofnąć w pierwszym odruchu, ale za tobą stoi Remus. Masz wrażenie, że skrzat zaraz przytuli się do twojej nogi.
– Z drogi, wy łachudry. Nie macie co robić? – Z jednego z korytarzy wypłynął duch, jednak był o wiele bardziej realny niż te, które widujesz w Hogwarcie. Jest wysoki o srogim wyrazie twarzy. Ubrany w staromodną szatę, a przy pasie przypiętą ma pochwę z mieczem. Przypomina ci jednego ze średniowiecznych rycerzy, który na turniejach walczyli o rękę dam. 
– Lordzie Potter – kiwa wam głową. – Cieszymy się, że w końcu zawitałeś w nasze progi.
– Cześć – odpowiadasz niepewnie, popisując się zwyczajową elokwencją. – Eee… Mamy drobną sprawę.
– Wy, durne elfy, natychmiast przygotować komnaty – warczy duch. Skrzaty natychmiast rozpierzchły się na wszystkie strony. 
– Wybacz, lordzie, strasznie się ucieszyły na wieść o twoim powrocie – duch podchodzi do was, przyglądając się tobie uważnie. – Zdecydowanie odziedziczyłeś cechy swojego ojca, ale oczy…
– Mam po mamie – kończysz za niego. – Tak, wiem. Wybacz mi, ale do niedawna nie wiedziałem o żadnym spadku, więc jestem trochę oszołomiony, że mam taki dwór.
– Dwór? – Duch prycha. – To zaledwie domek letni. Lordzie, musisz koniecznie odwiedzić Rezydencję.
– Na pewno to zrobi – wtrąca się Remus. – Udało nam się nagiąć zasady. Harry jeszcze nie skończył siedemnastu lat, dlatego jeszcze nie są mu przepisane wszystkie dobra rodzinne.
Duch mruży oczy, wyraźnie niezadowolony. On urodził się w innej epoce, gdzie nie istniały bezsensowne zasady.
– Są jego od niemowlęcia – mówi z mocą lokaj.
– Eee… Jak się nazywasz? – Nie wiesz czemu to takie ważne, ale chcesz to wiedzieć.
– Wybacz, lordzie. Jestem Roland deMimsy – skłania się niczym najprawdziwszy sługa. – Dostałem zaszczyt zarządzania tym dworkiem.
– Rolandzie – podejmujesz. – Mam do ciebie prośbę. Chcielibyśmy umieścić tu kilka osób, którym obiecałem zapewnić bezpieczeństwo. Muszę mieć pewność, że nic się im tu nie stanie.
– To byłaby zniewaga, gdybym dopuścił do jakiejkolwiek krzywdy – odpowiada zgorszony takim pomysłem. – Twoja posiadłość, lordzie, jest całkowicie bezpieczna. Twoi przodkowie już o to zadbali. Nawet gdyby puściły zabezpieczenia, mamy tutaj wiele innych niebezpieczeństw – tu uśmiecha się paskudnie. Nie jesteś zbyt ciekawy co ma na myśli. Widziałeś już taką minę u Filcha, a ona nie wróżyła nic dobrego.
– Ile przybędzie twych gości, lordzie i kiedy?
– Osiem, w tym jedno dziecko – mówisz. – Dzień przed Halloween.
– Wszystko będzie gotowe.
– Niestety nie będę w stanie sam ich przyprowadzić – kontynuujesz, wskazując na Remusa. – Jest przyjacielem mego ojca i moim, dba o mnie. Został moim pełnomocnikiem. To on przyprowadzi tych ludzi. Chcę, byście traktowali go na równi ze mną.
– Wedle rozkazu, lordzie. Teraz proponowałbym sen.
– Niestety, Rolandzie, muszę wracać do Hogwartu.
Czujesz się dziwnie, opuszczając dwór. Wydaje ci się, że właśnie odchodzisz z domu. Jakaś część ciebie chciała tam zostać na zawsze.
Robisz się sentymentalny, Potter. Głos Malfoy'a jest tak samo cierpki jak zawsze.
**
                Dzień przed Świętem Zmarłych jest napięty. Czujesz zdenerwowanie. Wiesz, że wszystko zostało już dokładnie zaplanowane, ale wciąż pozostaje coś, co chwyta cię za serce.
Wieczór nadchodzi szybko, o wiele za szybko jak na twój gust. Spotykacie się we Wrzeszczącej Chacie. Czekasz na wszystkich, których zwerbował Malfoy. Przychodzą jedno po drugim, patrzą na ciebie z zaskoczeniem.
– Potter? – Nott nie jest zadowolony, że to akurat ty stajesz się jego wybawicielem.
– Słuchajcie mnie uważnie – zaczynasz, mając po swojej prawej stronie Malfoy’a. – Wasze rodziny za niedługo się zjawią. Będzie to ostatnia chwila w jakiej się z nimi zobaczycie. Będziecie mogli pisać listy, które będą przekazywane przeze mnie.
– Będą bezpieczne? – pyta Zabini, wychodząc z szeregu.
– Jedyną gwarancją będzie wasze milczenie – odpowiada Malfoy, wyjmując jednocześnie różdżkę. – Przysięgnijmy wszyscy.
Są niepewni, widzisz to. Bez problemu wyciągasz przed siebie różdżkę, patrząc na nich prowokacyjnie. Po chwili robi to każde z nich. Najpierw Zabini, potem Nott, siostry Greengrass i na samym końcu Blackburn. Słowa przysięgi są proste, ale konsekwencje okrutne.
– Teraz chodźmy – mówisz, prowadząc ich tunelem do Zakazanego Lasu. Dochodzisz do wskazanego miejsca, gdzie spotykasz nie tylko Remusa, ale też Tonks i Billa.
– Cześć – witasz się z nimi ciepło.
– Zniszczymy ślad magiczny – odpowiada najstarszy syn Weasley’ów. – Przez kilka dni będzie się on unosił, dlatego postaramy się go jak najbardziej zniszczyć.
Kiedy?
Za dosłownie minutę.
Tuż po jego słowach zaczęły pojawiać się postaci. Są zaskoczone i jednocześnie zmieszane.
– Spokojnie – mówisz. – Jesteśmy tutaj po to, by zapewnić wam bezpieczeństwo.
– Nie prosiliśmy o to – warczy Blackburn. Jest wysokim, umięśnionym mężczyzną o brzydkim wyrazie twarzy.
– Nie interesuje mnie to. Dobiłem targu z waszymi dziećmi, nie z wami – odpowiadasz zimnym tonem, pozwalając na to, by na chwilę wypłynęła z ciebie magia. To są dorośli ludzie zaszczuci przez wojnę. Musisz pokazać im, że jesteś silniejszy, by nie zostać zdeptanym.
– To jest ostatnia chwila, pożegnajcie się. Nie wiem kiedy zobaczycie się z waszymi dziećmi. Może nawet wcale, nie wiem. Wszystkie listy dawajcie Remusowi, on przekaże je mi, a ja je potem rozdam.
Potter
Twoja magia jest niezadowolona, ale posłusznie wraca w głąb ciebie. Ty odwracasz się na pięcie do przyjaciół.
– Jesteś przerażający – stwierdza wesoło Nimfadora. – Wiedziałam, że jesteś najlepszym wyborem.
– A tam – rumienisz się.
– Harry, czasami po prostu nie widzisz ile robisz – dodaje Bill. – Wiedz, że jesteś zaproszony na mój ślub.
– Z kim? – Unosisz na niego zaskoczony wzrok. Mężczyzna szczerzy zęby.
– Z Fleur
– Fiu, fiu.
– Harry, już czas – odzywa się Remus. – Później sobie pogadacie.
Wzdychasz.
– Uwaga, już czas. Podejdzie tutaj, Remus ma świstoklik, który przeniesie was do zimowej rezydencji mojej rodziny – tłumaczysz. – Wszystko, co się tam znajduje, będzie do waszej dyspozycji. Mój lokaj jak i skrzaty zostały poinformowane o waszym przybyciu. Do zobaczenia.
Patrzysz jak każde z nich, jedna kobieta z dziewczynką na dłoniach, dotyka koperty. Mgnienie oko później zostaliście tylko wy.
– Do zobaczenia – żegnasz się z Billem i Nimfadorą, który już zaczęli procedurę usuwania śladu. Prowadzisz z powrotem do Hogwartu, gdzie Ślizgoni, oprócz Malfoy’a, natychmiast znikają.
– Uwielbiam tę waszą wdzięczność – prychasz.
– Potter, czuj się zaproszony na naszą imprezę halloweenową – odpowiada. Marszczysz brwi.
– Jaką?
– Jutro o dwudziestej drugiej, w naszych lochach. Tylko się ubierz jakoś, poproś nawet Weasley czy Granger, by ci ciuchy wybrały – mówi na odchodnym, a potem znika w jednym z korytarzy, zostawiając się z głupim wyrazem twarzy.
**
                Na bankiet każdy z was przybywa w odświętnie ubranej szacie. Jesteś szczęśliwy, kiedy możesz w końcu wydostać się z Wielkiej Sali i zrzucić togę, która jest strasznie niewygodna. Nim jednak zrobiłeś coś więcej, do twojego dormitorium wchodzi Ginny.
– Mam zadanie – stwierdza, bezczelnie zaglądając ci do kufra. Jesteś onieśmielony jej zachowaniem, dlatego nie reagujesz, kiedy każe ci się ubrać w wybrane przez siebie ciuchy.
– Źle – prycha.
– Co tu się dzieje? – pyta Ron, patrząc uważnie na swoją siostrę.
– Nic, co cię powinno interesować – warczy rudowłosa, jednocześnie ciągnąc cię za rękę. Twoja twarz wyraża pełne zaskoczenie. Nim się orientujesz, zostajesz zaciągnięty do jej dormitorium. Nie pytasz jak się jej to udało, że schody nie zapiszczały na obecność chłopaka.
– Mary, pożyczymy trochę – mówi Ginny w stronę drzwi od łazienki. – Twój brat jest rozmiarów Harry’ego, a ten idiota nie ma żadnych porządnych ciuchów na imprezę.
– Jaką imprezę?
- Nie ma problemów! – Odkrzyknęła Mary w tym samym czasie, co ty pytasz.
– Harry, pamiętasz, imprezka u Ślizgonów – mówi rudowłosa, grzebiąc w kufrze współlokatorki. Kiedy znajduje to, co chce, każe ci się w to ubrać.
– Skąd wiesz? – Przymierasz ubrania z pewną rezerwą.
– Też idę i ktoś mi wspomniał, że ty też, a znając ciebie, to nawet byś się porządnie nie ubrał – wypomina ci, oceniając ubiór. Nie jest jednak zbyt zadowolona, dlatego spędzasz w jej dormitorium wiele czasu.
– Voila! – Krzyczy wesoło Ginny. Z westchnieniem odwracasz się w stronę lustra. Nie wiesz już która jest to sztuka odzieży, jaką każe ci przymierzyć rudowłosa wiedźma.
Masz na sobie cienki sweter z większym dekoltem i rękawami trzy czwarte o srebrnym kolorze. Zauważasz nawet małego smoka, który wyszyty był czarną nicią na małej kieszeni. Do tego czarne spodnie z paskiem nabitym ćwiekami i srebrną klamrą.
– Wyglądam jak Ślizgon – jęczysz.
– Nie marudź – Ginny bynajmniej nie jest dla ciebie zbyt wyrozumiała. Szybko dopada do twojej fryzury, jednak po kilku próbach, poddaje się. Z tym nikt nie był w stanie sobie poradzić. Sławna czupryna Potterów rządziła się własnymi prawami.
– Wyglądasz super – Mary wyszła z łazienki, sama ubrana w liliową sukienkę. Miała upięte wysoko włosy i delikatny makijaż.
– Ty też – odpowiadasz szczerze, na co rumieni się delikatnie. – A poza tym, czemu masz ubrania brata?
– To bliźniaki – tłumaczy Ginny. – Pakują się na ostatni dzień i ładują gdzie popadnie, nie patrząc co jest czyje.
Mary uciekła szybko z powrotem do łazienki zawstydzona. Kręcisz głową.
– Poczekać na was?
– To trochę zajmie – stwierdza Ginny. Siadasz wygodnie na łóżku, czekając.
To nielegalna impreza?
Od kiedy to ma znaczenie?
Ciekawość. Dziewczyny się szykują.
Potter? Dziewczyny? Jaki z ciebie ogier. Spuścić cię ze wzroku, a tu nagle są dziewczyny. No, no, no…
Odpieprz się.
Widzę te rumieńce, Potter! Śmiech Malfoy’a przybliża go tylko do egzekucji.
Czemu wcześniej nie wiedziałem o tej imprezie?
Bo nie wpuszczamy na nie takich narwanych Gryfiaków jak ty. To zamknięta impreza, wpuszczamy tylko niewielu spoza Slytherinu. Czuj się wybrańcem.
Chyba znam to uczucie. Uśmiechasz się wesoło do myśli.
Nie wiesz ile minęło czasu, ale w końcu Ginny i Mary były gotowe. Musisz przyznać, że wyglądały naprawdę ładnie. Mary ubrana w liliową sukienkę sprawiała wrażenie delikatnej kobiety, za to Ginny, ubrana w ciężką spódnicę do ziemi i wydekoltowaną koszulkę, była jej całkowitym przeciwieństwem. Podałeś im ramiona i wymaszerowaliście z Pokoju Wspólnego niczym władcy.
Na miejscu zostaliście obrzuceni nieprzychylnymi spojrzeniami, ale jedno słowo Ginny wystarczyło, by was wpuścić. Od razu doszła do ciebie głośna muzyka, która jakoś dziwnie kojarzyła ci się z mugolskimi piosenkami. Ginny zaciągnęła cię wraz z Mary do ich znajomych. Poznałeś kilku młodszych chłopaków, z którymi pośmiałeś się i wypiłeś piwo kremowe. Potem zaczęły się tańce.
Uciekasz jak się da, ale jesteś już lekko pijany, dlatego dajesz się zaprowadzić Ginny na parkiet przy śmiechu jej znajomych. Złorzeczysz na nią, jednak rudowłosa wiedźma za nic ma twoje pogróżki. Wypiłeś jeszcze kilka drinków, które nie wiadomo skąd się wzięły, abyś dał się ponieść.
Nie wiesz jak to się stało, że znalazłeś się nagle sam w tłumie tańczących. Nawet nie przypominasz sobie, by rudowłosa schodziła z parkietu. Obijasz się o kogoś. Jest to wyższy chłopak o ciemnych włosach, który patrzy się na ciebie jakoś dziwnie.
– Jesteś tu sam? – Mrużysz oczy na sugestywny ton. Alarm w twojej głowie piszczy, informując o nadchodzących problemach.
– Nie jest – słyszysz odpowiedź, ale to nie ty ją mówisz. Zaskoczony czujesz szarpnięcie i wpadasz w znajome ramiona. Malfoy wyciąga cię z podpitej grupy, mocno zaciskając dłoń na twojej. Masz nawet przeczucie, że jutro zobaczysz na niej odciski jego palców.
Gdzie idziemy?
Malfoy nie odpowiada ci, bez słowa ciągnąc w tylko sobie znanym kierunku. W końcu lądujesz w jakimś pokoju, a on rzuca cię na łóżko. Jego oczy błyszczą niebezpiecznie. Nie jesteś w stanie skupić się na czymkolwiek, Ślizgon zajmuje całe twoje myśli. 
– Potter, musiałeś się tak najebać? – Warczy. – Gdybym nie przyszedł ci pomóc, to by cię tam zeżarli!
– Nie musiałeś – odpyskujesz, jednak jesteś mu wdzięczny. Sam, w tym stanie, mógłbyś sobie nie poradzić.
– Tak?
Nie trzeba było tego mówić, myślisz, widząc, jak chłopak odwraca się w stronę drzwi. Dopadasz do niego, przytulając się mocno do jego pleców.
– Dzięki, Malfoy – mówisz cicho. – Ginny mnie zaciągnęła na parkiet, a potem trochę wypiłem i nagle znalazłem się sam.
– Myśl następnym razem – odpowiada szorstko, ale wiesz, że już został ugłaskany.
– Draco? – Rozlega się kobiecy głos po drugiej strony. Coś w tobie burzy się na ton dziewczyny.
– Wszystko w porządku, Pansy.
– Obiecałeś mi taniec, Draco.
– Już – Malfoy sięga dłonią klamki, otwierając drzwi. Popchasz go, na co drzwi zamykają się z hukiem.
– Draco?
– Co do… - Ślizgon odwraca się w twoją stronę, co skrzętnie wykorzystujesz. Przywierasz do jego ust, rzucając mu wyzwanie. Patrzy ci prosto w oczy, a za jego własnymi czaiła się bestia.
– Potter – to było ostrzeżenie, wiesz o tym, myślisz nawet o tym by się wycofać, ale ta tępa idiotka za drzwiami cię tylko wkurwia..
– Draco – odpowiadasz z szelmowskim uśmiechem, skubiąc jego wargę.
Jego odpowiedzią są tylko te głodne wargi.




Obserwatorzy